REKLAMA


 

REKLAMA


 

Mam szczęście do dobrych ludzi

Bywam w instytucie właściwie codziennie. Nie mógłbym inaczej – mówi prof. Adam Bielański, specjalista z zakresu chemii fizycznej i nieorganicznej, który w tym roku obchodzi 101. rocznicę urodzin


 

Naszym rozmówcą jest prof. Adam Bielański
Doktor honoris causa Akademii Górniczo-Hutniczej i Uniwersytetu Wrocławskiego, profesor honorowy Uniwersytetu Jagiellońskiego. Od 1964 roku członek rzeczywisty Polskiej Akademii Nauk 

  


Academia: Całe życie jest pan związany z Krakowem.

Adam Bielański: Tak. Mój ojciec co prawda studiował na politechnice we Lwowie, ale około 1907 roku przeniósł się do Krakowa. Przyciągnęły go rozpoczynające się właśnie bardzo ciekawe prace inżynieryjne. Miasto nękały powodzie – bywało, że woda z Wisły i Rudawy dochodziła do Plant. Żeby temu zapobiec, bardzo obrotny, świetny prezydent miasta Juliusz Leo wystarał się o kredyty i Kraków zaczął budować zabezpieczenia przeciwpowodziowe. Chyba nie było w Galicji większych robót; to była bezprecedensowa inwestycja. Tutaj, przy moim domu, jest mur, widzi pani? Za nim zaczynają się bulwary wiślane, a dużo niżej płynie rzeka. Kiedyś – tak dawno, że nawet moi rodzice tego nie widzieli – ogród schodził do samej Wisły. Budową muru kierował mój ojciec jako młody inżynier. Wtedy właśnie dostał mieszkanie służbowe w tym domu.

Teraz mamy świetną komunikację, ale wtedy dom stał bardzo daleko od centrum miasta, więc ojciec zamierzał zamieszkać tu „na tymczasem”. Tymczasem rodzina jest tu do tej pory – wyhodowała się już trzecia generacja. I chce się osiedlić następna, z moimi prawnukami. W ten sposób ten dziwaczny dom – najpierw państwowy, później miejski i w końcu nasz – doczeka się piątego pokolenia Bielańskich.

 

Nie miewał pan profesor ochoty na wyjazd z Krakowa, na pracę za granicą?

Nie, nigdy nie miałem pokusy, żeby urwać się stąd na zawsze (śmiech).

 

Atmosfera domu, tradycja rodzinna? Co sprawiło, że nie tylko pan, ale również pana siostra i brat związaliście swoje zawodowe życie z nauką?

Prawdę mówiąc – nie wiem. Ale rzeczywiście zrobiliśmy to wszyscy. Mój brat Władysław (1911-1982) był profesorem Akademii Rolniczej, zorganizował też Komitet Biologii Rozrodu Zwierząt Użytkowych PAN i był jego pierwszym przewodniczącym. A moja siostra Zofia [Bielańska-Osuchowska – red.] przez wiele lat kierowała Zakładem Histologii i Embriologii Wydziału Medycyny Weterynaryjnej SGGW.

 

Dwoje biologów. A pan profesor się wyłamał i jest chemikiem.

Zaczynałem jako młody chłopak od różnych doświadczeń. W łazience, w tym domu. Miałem na przykład lampkę spirytusową, na której można było wyginać szkło i gotować coś w probówkach. Oczywiście wszystko to się odbywało bez specjalnej kontroli moich rodziców.

Chodziłem do gimnazjum typu humanistycznego, bo takie były przed wojną, ale miałem dobrego nauczyciela chemii. Żyłem z nim w przyjaźni; czasem zabierał mnie do pracowni szkolnej. I tak zdecydowałem się na chemię. Było to już bardzo dawno temu.

W 1931 roku poszedłem na studia, a po nich w 1936 roku rozpocząłem pracę w Akademii Górniczej. Moim szefem był prof. Adam Skąpski – w owym czasie najmłodszy profesor nominowany przez Prezydenta RP, jeden z najbardziej inteligentnych ludzi, jakich spotkałem w życiu.

Pracowaliśmy nad ekstrakcją wtrąceń niemetalicznych w stali. Stal nigdy nie jest jednorodna, tylko ma wtrącenia różnych innych substancji: jakiś siarczek manganu, jakieś tlenki... Korzystaliśmy z chytrej metody elektrolitycznej, którą Skąpski przywiózł ze swojego pobytu w Szwecji.

Był to człowiek, który działał z dużym rozmachem. Znakomicie rozbudowywał Zakład Chemii Fizycznej AG. Coraz to kupowaliśmy jakieś nowe przyrządy. Pracująca pod jego kierownictwem grupka wzrosła do jakichś 10 osób. Ale przyszła wojna i wszystko się skończyło. W budynku Akademii Górniczej Niemcy usadowili rząd Generalnego Gubernatorstwa. Laboratoria, jeśli nie zostały zniszczone, po prostu stamtąd wyrzucono. Część profesorów znalazła się w obozach koncentracyjnych. Ale ci, którzy zostali, i ich rodziny trzymali się razem. To była grupa przyjaciół. Przed wojną bywaliśmy nawzajem u siebie, wszystkie imieniny czy urodziny obchodziliśmy razem. W czasie okupacji zbieraliśmy się np. w domu pani Skąpskiej przy placu Na Groblach. To miało wówczas wielką wartość.

 

Kiedy wybuchła wojna, pan miał prawie gotowy doktorat.

Po trzech latach pracy w AG miałem już jeden temat trochę podciągnięty. W pewnym momencie Skąpski powiedział: „Wie pan co, z tego zrobimy doktorat”. Problemem było jednak to, że Akademia Górnicza nie miała prawa do doktoryzowania w zakresie chemii. Skąpski wybrał się więc do prof. Tadeusza Estreichera, który był profesorem chemii nieorganicznej na Uniwersytecie Jagiellońskim, i zapoznał go z tematem. Estreicher wysłuchał i zgodził się na przeprowadzenie mojego doktoratu na UJ. Tyle że to było lato 1939 roku... Szlifowałem ten materiał przez sześć lat. I zdawałem egzaminy – według przedwojennych przepisów kandydat na doktora musiał przejść kilka sprawdzianów, które nazywały się rygoroza. Poszedłem do profesora Estreichera, a on świetnie pamiętał rozmowę ze Skąpskim i właściwie już figurował w dokumentach jako mój promotor. Estreicher postanowił, że będę miał egzaminy z chemii nieorganicznej, chemii fizycznej i z fizyki. Trwała wojna, a ja musiałem profesorów od tych przedmiotów po kolei obejść i składać egzaminy, według mniej więcej uzgodnionego z nimi programu. Od każdego dostawałem zaświadczenie, że zdałem egzamin w zakresie rygorozum z takiego a takiego przedmiotu. To był tajny uniwersytet, więc wszystkie miały fikcyjną datę z sierpnia 1939 roku. Tak czy inaczej, jak się wojna kończyła, miałem wszystkie te rygoroza pozałatwiane. I tak uzyskałem dyplom doktora.

– Siłę daje mi moja duża rodzina – mówi prof. Bielański. Na zdjęciu: wnuczka Joasia objaśnia profesorowi szczegóły swojego doktoratu 

I od razu wrócił pan na Akademię – wtedy już Górniczo-Hutniczą. Wielu przedwojennych kolegów pan odzyskał?

Z osób zatrudnionych przed wojną w naszym zespole poza mną wrócił tylko Aleksander Kotliński. Reszta rozpierzchła się po świecie.

O losach prof. Skąpskiego nic nie było wiadomo. Dopiero niedawno udało mi się w jakimś stopniu odcyfrować jego drogę. We wrześniu 1939 roku znalazł się z żoną i z dwiema córkami po stronie sowieckiej. Pani Skąpska zdecydowała się na powrót do Krakowa, on został, planując przedostać się do rządu polskiego na obczyźnie. Nie wiem, co się dokładnie stało, ale wygląda na to, że Rosjanie zaproponowali mu wtedy jakąś współpracę; on odmówił i koniec końców został skazany na kilka lat obozu pracy. W archiwum Instytutu Hoovera w Stanach Zjednoczonych mają opowiadanie Skąpskiego o pobycie w łagrze w rejonie Archangielska. Pisze w nim, że przeżył obóz tylko dzięki lekarce, Rosjance, prowadzącej szpitalik przy obozie. Wypuszczono go z łagru na mocy porozumienia Sikorski-Majski. Najpierw znalazł się w Samarze, gdzie urzędował Stanisław Kot, ambasador RP. Potem dostał się do Londynu. Tam został wiceministrem oświaty w rządzie na obczyźnie. Nie wrócił już do Polski. Najwyraźniej wiedział, że nie bardzo miał po co. Jego szef, minister oświaty i wyznań religijnych, ks. Zygmunt Kaczyński, zdecydował się na powrót. Po jakimś czasie został aresztowany i stracony jako więzień bezpieki.

 

Jaka w takiej sytuacji funkcjonowała AGH?

Gdy tylko Niemcy odeszli, Akademia zaczęła się znów organizować w swoim dawnym budynku. Oczywiście nie było niczego, nawet sale wykładowe zostały zniszczone. Studenci siedzieli na starych poniemieckich biurkach, na jakichś szufladach i deskach. Warunki były bardzo prymitywne, ale jakoś to ruszyło.

Tymczasem udało mi się dostać stypendium z British Council i pojechałem do Londynu. Wtedy miałem wrażenie, że Pana Boga za nogi złapałem. Pracowałem w Imperial College. Moim szefem był profesor Frederick Tompkins, specjalista w dziedzinie chemii fizycznej. Kiedy wróciłem po roku, okazało się, że w AGH wiele się zmieniło.

 

To był rok 1949?

Tak. Rektorem AGH był wtedy profesor Walery Goetel. Niedługo po moim przyjeździe z Anglii zawołał mnie do siebie i powiedział, że utworzono Wydział Mineralny. Okazało się, że na Dolnym Śląsku, na tak zwanych ziemiach odzyskanych, brakuje specjalistów, którzy by rozwijali przemysł, oparty na wydobyciu i przeróbce minerałów – szklarski, cementowy, ceramiczny i tak dalej. Goetel kazał mi się zająć organizacją tego wydziału. Bardzo dobrze to wspominam. Wydział się rozwinął – teraz jest to Wydział Inżynierii Materiałowej – a ja nawet przez jakiś czas byłem prorektorem do spraw nauczania.

 

Ale zatęsknił pan za UJ?

Po prostu dostałem propozycję, żeby się tam przenieść. Po profesorze Tadeuszu Estreicherze Katedrę Chemii Nieorganicznej przejął profesor Wiktor Jakób, przed wojną profesor Politechniki Lwowskiej. Zaproponował mi przejście na Uniwersytet. Zastałem tu znowu dobry zespół, z którym pracowaliśmy przez wiele lat i z którego uprzejmości do dziś korzystam. Miałem szczęście do dobrych ludzi. Moimi głównymi współpracownikami w tym czasie byli Jerzy Dereń i Jerzy Haber, którego nazwisko od dwóch lat nosi Instytut Katalizy i Fizykochemii Powierzchni PAN.

Prowadziliśmy pomiary przewodnictwa elektrycznego katalizatorów w czasie reakcji katalitycznej. Moi koledzy szybko zyskali pewną pozycję międzynarodową.

Już po śmierci Stalina pojechałem na jakieś kolokwium do Moskwy. Wtedy po raz pierwszy byłem w stolicy ZSRR. Tam rozpoczęła się moja przyjaźń z profesorem Fiodorem Fiodorowiczem Wolkensteinem – fizykiem, autorem teorii fizycznej nawiązującej do współczesnej fizyki półprzewodników.

Pewnym zaskoczeniem była dla mnie informacja, że Rosjanie już znali nasze prace. Zresztą nie tylko oni się nimi interesowali. Stanisław Malinowski, profesor Politechniki Warszawskiej, zajmujący się katalizą substancji organicznych, wymyślił międzynarodowe spotkania, m.in. z Czechosłowakami i Francuzami. Wymieniliśmy się informacjami z naukowcami na świecie – jakoś się to udawało.

 

Wspomniał pan o Fiodorze Fiodorowiczu Wolkensteinie. Jak wyglądała ta przyjaźń?

Byliśmy wszyscy zainteresowani katalizą na tlenkach metali wykazujących właściwości półprzewodników. Okazuje się, że wszystko, co się dzieje w takim katalizatorze, zmienia jego przewodnictwo elektryczne. Gdy coś osiada na powierzchni i ulega adsorpcji, to następuje wymiana elektronów pomiędzy tym, co osiadło, a katalizatorem. Można ten proces badać, mierząc przewodnictwo elektryczne. Fiodor był autorem elektronowej teorii katalizy na półprzewodnikach, współpraca z nim była dla mnie bardzo cenna.

Poza tym nie wszyscy Rosjanie byli zauroczeni komunizmem. Rodzina Fiodora bezpośrednio po rewolucji wyjechała za granicę. Mówił więc dobrze po niemiecku, ale przede wszystkim po francusku, i to w tych językach najlepiej się z nim rozmawiało, nie po rosyjsku. Druga sprawa: gdy ktoś z naszej grupy zawędrował do Moskwy, wizyta u Wolkensteinów miała charakter rodzinny. To był dom, w którym mówiło się otwarcie o wszystkim. Dzięki temu mieliśmy pewien wgląd w to, jak się zachowuje i jak żyje inteligencja rosyjska. Kiedyś zaprosiliśmy Fiodora do Krakowa. Był tu miesiąc i prowadził wykłady ze swojej teorii. Kiedy odjeżdżał, powiedział mi: „Czułem się w Krakowie bardzo dobrze, dużo lepiej niż w Moskwie”. Moi koledzy zastosowali w stosunku do niego absolutne „freedom of speech”. Nikt się nie krępował. Szkoda, że Fiodor nie doczekał lepszych czasów.

Ponadstuletni domu rodzinny profesora Bielańskiego w Krakowie przy ulicy Jaskółczej.  Z okna na piętrze widać Wisłę i stojący za nią zamek na Wawelu

W 1968 roku zrezygnował pan z pracy na UJ.

Byłem wtedy prorektorem do spraw badawczych; rektorem był profesor Mieczysław Klimaszewski. Pewnego dnia pojechał na spotkanie ze studentami w domu akademickim, a ja miałem pilnować gospodarstwa w Collegium Novum. Tego dnia studenci urządzili składanie kwiatów, chyba pod pomnikiem Mickiewicza. Zaczęła się straszna awantura, milicja zaczęła bić studentów pałkami, puszczono gazy łzawiące w głównym gmachu. Po tym wszystkim rektor Klimaszewski – którego niezmiennie serdecznie wspominam – przestępując z nogi na nogę, powiada do mnie: „Wie pan co, mam naciski. Oni chcą, żeby pan ustąpił”. Ustąpiłem od razu.

 

Oni, czyli ówczesne władze polityczne?

Tak, partia. A ja byłem bliższy studentów niż partyjnych.

 

Jest pan autorem podręcznika „Podstawy chemii nieorganicznej”, na którym wychowały się pokolenia badaczy. Wciąż musi pan aktualizować ten podręcznik?

Tak. I tutaj muszę oddać sprawiedliwość Wydawnictwu Naukowemu PWN. Są otwarci na wszystkie zmiany i ulepszenia w książce. Ostatnie wydanie wyszło w ubiegłym roku. PWN ma swojego redaktora, który pilnuje mojej polszczyzny i porządku. To bardzo miła osoba, pani Małgorzata Galusowa, która była asystentką profesora Wiktora Kemuli i ma za sobą doktorat z chemii. Potrafi przeczytać moją książkę i powiedzieć: „Proszę pana, w rozdziale dwudziestym którymś pan napisał tak, a w piątym inaczej”.

 

Co panu daje siłę do działania? Wiele prac napisał pan już po osiągnięciu wieku emerytalnego.

Siłę daje mi moja duża rodzina – mam trzech synów i już dziewięcioro prawnuków. Ale przede wszystkim ciekawość.

Najnowszy temat pojawił się w latach 90. Zaczęliśmy badać katalizatory, które są heteropolikwasami. Straszne słowo: heteropolikwasy. Można je otrzymać w stanie krystalicznym i należą do kwasów co najmniej równie silnych jak siarkowy. Ich własności katalityczne wiążą się właśnie z tą wysoką kwasowością. W krystalicznych heteropolikwasach mogą – nie tylko na powierzchni – zostawać reagenty. Mogą też wchodzić do ich wnętrza, do sieci krystalicznej i tam reagować. Jest to specyficzny typ katalizatora, który dopiero właściwie ostatnio został poznany i jest badany.

Pracuję nad tymi kwasami na pół etatu w Instytucie Katalizy, ale dzięki uprzejmości Wydziału Chemii UJ razem z moimi współpracownikami siedzimy w budynku uniwersyteckim. Jestem za to uniwersytetowi bardzo wdzięczny.

 

Często pan bywa w Instytucie?

Właściwie codziennie. Nie mógłbym inaczej.

 

Rozmawiały Anna Zawadzka i Agnieszka Pollo, zdjęcia z archiwum rodzinnego

 

 

Prof. Adam Bielański
Urodzony 14 grudnia 1912 roku w Krakowie. Specjalista z zakresu chemii fizycznej i nieorganicznej, pionier i twórca polskiej szkoły katalizy chemicznej. Studia chemiczne ukończył w Akademii Górniczej w 1936 roku, doktorat uzyskał na Uniwersytecie Jagiellońskim w 1945 r. Od 1955 r. profesor nadzwyczajny, od 1962 profesor zwyczajny. Doktor honoris causa Akademii Górniczo-Hutniczej i Uniwersytetu Wrocławskiego, profesor honorowy Uniwersytetu Jagiellońskiego. Od 1964 roku członek rzeczywisty Polskiej Akademii Nauk, wiceprezes PAN w latach 1990- -1995. Członek Polskiej Akademii Umiejętności. Od 1983 roku pracuje w Instytucie Katalizy i Fizykochemii Powierzchni PAN. Autor wielu prac i artykułów w zakresie chemii, w tym: „Surface Properties of Transition Metal Oxides: Concepts and Ideas”, The Cambridge University Press, 1998; „Oxygen in Catalysis” (współautor Jerzy Haber), Marcel Dekker New York, 1990. Autor wielokrotnie wznawianego podręcznika uniwersyteckiego „Podstawy chemii nieorganicznej”.

 

© Academia nr 3 (35) 2013

Oceń artykuł
(0 głosujących)

Tematy

agrofizyka antropologia kultury antropologia społeczna archeologia archeometalurgia architektura Arctowski arteterapia astrofizyka astronomia badania interdyscyplinarne behawioryzm biochemia biologia biologia antaktyki biologia płci biotechnologia roślin borelioza botanika chemia chemia bioorganiczna chemia fizyczna chemia spożywcza cywilizacja demografia edukacja ekologia ekologia morza ekonomia energia odnawialna etnolingwistyka etnomuzykologia etyka ewolucja fale grawitacyjne farmakologia filozofia finansowanie nauki fizyka fizyka jądrowa gender genetyka geochemia środowiska geoekologia geofizyka geologia geologia planetarna geoturystyka grafen historia historia idei historia literatury historia nauki historia sztuki humanistyka hydrogeologia hydrologia informatyka informatyka teoretyczna internet inżynieria materiałowa język językoznawstwo klimatologia kobieta w nauce komunikacja kosmologia kryptografia kryptologia kulinaria kultoznawstwo kultura lingwistyka literatura matematyka medycyna migracje mikrobiologia mineralogia mniejszości etniczne mniejszości narodowe modelowanie procesów geologicznych muzykologia mykologia nauka obywatelska neurobiologia neuropsychologia nowe członkinie PAN 2017 ochrona przyrody orientalistyka ornitologia paleobiologia paleontologia palinologia parazytologia PIASt politologia polityka społeczna polska na biegunach prawo protonoterapia psychologia psychologia zwierząt Puszcza Białowieska robotyka rozmowa „Academii” seksualność smog socjologia szczepienia sztuka technologia wieś w obiektywie wulkanologia zastosowania zdrowie zoologia zwierzęta źródła energii żywienie

Komentarze

O serwisie

Serwis naukowy prowadzony przez zespół magazynu Academia PAN.Academia Zapraszamy do przysyłania informacji o badaniach, aktualnie realizowanych projektach naukowych oraz imprezach popularyzujących naukę.

 

Dla użytkowników: Regulamin

Pliki cookies

Informujemy, że używamy ciasteczek (plików cookies) w celu gromadzenia danych statystycznych, emisji reklam oraz prawidłowego funkcjonowania niektórych elementów serwisu. Pliki te mogą być umieszczane na Państwa urządzeniach służących do odczytu stron, a korzystając z naszego serwisu wyrażacie Państwo zgodę na używanie cookies, zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki.

Więcej informacji o celu używania i zmianie ustawień ciasteczek w przeglądarce: TUTAJ

Wydanie elektroniczne

Kontakt

  • pisz:

    Redakcja serwisu online
    Academia. Magazyn Polskiej Akademii Nauk
    PKiN, pl. Defilad 1, pok. 2110
    (XXI piętro)
    00-901 Warszawa

  • dzwoń:

    tel./fax (+48 22) 182 66 61 (62)

  • ślij:

    e-mail: academia@pan.pl