REKLAMA


 

REKLAMA


 

Rozmienianie na drobne piviso/pixabay.com

O tym, czy Polacy umieją mądrze gospodarować pieniędzmi, mówi prof. Agata Gąsiorowska z Uniwersytetu SWPS.


Gasiorowska_Agata

Naszą rozmówczynią jest

prof. Aagata Gąsiorowska
Uniwersytet SWPS
e-mail: agata.gasiorowska @swps.edu.pl 

 

Dr hab. Agata Gąsiorowska prof. Uniwersytetu SWPS, zajmuje się psychologią ekonomiczną i zachowaniami konsumenckimi, a w szczególności psychologicznymi funkcjami pieniędzy i bezrefleksyjnym kupowaniem. Interesuje się tym, do jakich celów – poza kupowaniem – ludzie wykorzystują pieniądze oraz w jaki sposób mogą one zmieniać ich funkcjonowanie. Autorka książki „Psychologiczne znaczenie pieniędzy. Dlaczego pieniądze powodują koncentrację na sobie” (2014). 

 


 

 

Academia: Czy istnieje ktoś taki jak Polak konsument?

Agata Gąsiorowska: Bardzo trudne pytanie, bo uogólniające. Jeśli jeden sąsiad bije żonę codziennie, a drugi nie bije w ogóle, to średnio wyjdzie, że każdy bije co drugi dzień. Dlatego też nie da się na nie sensownie odpowiedzieć. Można natomiast wskazać na to, co odróżnia Polaków od innych nacji europejskich: jesteśmy konsumentami bardziej „ekonomicznymi” niż nastawionymi na wizerunek produktu czy marki. Oznacza to, że cały czas duża część Polaków kieruje się w swoich wyborach wysokością ceny, a gdy zwraca uwagę na proporcje między ceną a jakością, to robi to nie dlatego, żeby płacić dodatkowo za markę, tylko po to, żeby oszczędnie wydawać swoje pieniądze. Czyli np. wyszukuje okazje, kupuje na promocjach i wyprzedażach.

 

I umiemy to robić?

Jesteśmy w tym stosunkowo dobrzy, jeśli chodzi o codzienne zakupy – a większość pieniędzy, które wydajemy, to właśnie takie sprawunki, a nie duże wyjątkowe wydatki.

 

A czego nie potrafimy?

Oszczędzać po to, żeby mieć jakieś rezerwowe zasoby finansowe. Nie jest to jednak tylko problem Polaków – skala trudności czy raczej niechęci do oszczędzania u nas i np. w Stanach Zjednoczonych jest mniej więcej taka sama, kultury oszczędzania nie ma praktycznie w całej zachodniej Europie, czyli w tzw. świecie konsumpcyjnym. Całkiem dobrze natomiast radzą sobie z oszczędzaniem Koreańczycy, Chińczycy.

 

Dlaczego tak jest?

Po pierwsze, Polacy są dość silnie przekonani, że żeby oszczędzać, trzeba mieć pieniądze. To jednak nieprawda – zasoby finansowe nie są kluczowe dla oszczędzania. Żeby oszczędzać, trzeba mieć odpowiedni nawyk. Nie ma natomiast większego znaczenia, czy odkładamy co miesiąc 5, 50 czy 500 zł – ważne, żeby robić to regularnie. Po drugie, mamy inne podejście do pieniędzy niż ludzie w krajach Dalekiego Wschodu. Azjaci uznają pieniądze za coś neutralnego, nie wstydzą się o nich rozmawiać. Naturalne dla nich jest to, że pieniądze stanowią pewien wyznacznik człowieka, jednak nie ma to naszego zachodniego, materialistycznego rozumienia „jak jesteś bogaty, to jesteś lepszy od tego, który jest biedny”. Oni w naturalny sposób porównują się w kontekście pieniędzy, mówią na przykład bez problemu innym, ile zarabiają – ale jednocześnie nie przywiązują do pieniędzy tak emocjonalnej wagi jak my. Również edukacja finansowa jest w tych krajach na zdecydowanie lepszym poziomie niż u nas. To wszystko prowadzi do faktu, że Azjaci z Dalekiego Wschodu lepiej niż my rozumieją, że oszczędzanie nie jest kwestią zamożności.

 

Polacy rzadko zakładają konta oszczędnościowe?

Nawet gdyby zakładali często, nie byłoby się z czego cieszyć. Konta oszczędnościowe to w zasadzie jeden z najgorszy sposób oszczędzania, przy tak niskim oprocentowaniu niewiele się różniący od trzymania pieniędzy w szafie czy pod materacem. Można to robić w krótkim horyzoncie czasowym – odkładać małe kwoty przez rok, żeby uzbierać na wakacje. Jeśli oszczędzanie ma mieć sens długoterminowy – taki jak emerytura czy dom – chodzi nie tylko o to, żeby gromadzić pieniądze, ale żeby je pomnażać. Odkładanie pieniędzy na kupkę, nieważne – w domu czy w banku, nie przełoży się na przyszłe zyski.

 

To co się przełoży?

Lokowanie pieniędzy, czyli korzystanie z różnego rodzaju instrumentów finansowych. Jednak Polacy – i nie tylko Polacy – mają duży problem jako konsumenci rynku finansowego. Co roku Fundacja Kronenberga prowadzi badania dotyczące tego, jak Polacy radzą sobie i jakie mają postawy wobec oszczędzania i szeroko rozumianych finansów. Wynika z nich, że przez ostatnie dziesięć lat poważnie zmniejszyła się liczba Polaków, która deklaruje, że o oszczędzaniu i inwestowaniu decyduje, kierując się własną wiedzą, a dokładnie intuicją, do 40–50% skoczyła zaś liczba osób deklarujących korzystanie z materiałów informacyjnych czy porad pracowników instytucji finansowych.

 

To chyba dobrze.

Ale jednocześnie gdy pojawia się w tych sondażach pytanie o to, komu ufa badany, jeśli chodzi o decyzje dotyczące oszczędzania i inwestowania, to okazuje się, że tu się nic nie zmieniło. Polacy ufają tylko sobie albo nikomu. Niestety, jest sytuacja wręcz tragiczna, bo mamy bardzo małą wiedzę dotyczącą finansów. Nie mówię tutaj o tym, że nie rozumiemy bardziej skomplikowanych instrumentów czy zjawisk, ale o sprawach bardziej elementarnych. Bardzo wielu Polaków nie umie wyjaśnić pojęcia inflacja, nie jest w stanie określić różnicy pomiędzy kartami kredytową a debetową, nie rozumie obiegu pieniędzy, którymi zarządza państwo, czyli nie wie, co się dzieje z naszymi podatkami. Potrafimy się posługiwać komunałami typu „służba zdrowia jest opłacana z naszych podatków”, ale tego, co to tak naprawdę oznacza, w zasadzie nie rozumiemy. Jeśli więc jesteśmy społeczeństwem, które ma tak małą wiedzę finansową i jednocześnie mówimy, że korzystamy z wiedzy innych osób, na przykład pracowników instytucji finansowych, ale im nie ufamy, bo ufamy tylko sobie, to dochodzimy do wewnętrznej sprzeczności, jeżeli chodzi o możliwość podejmowania racjonalnych decyzji dotyczących zarządzania własnymi pieniędzmi.

 

A może nie ufamy doradcom finansowym, bo ich nie rozumiemy?

Faktycznie, Polacy ogólnie charakteryzują się niskim poziomem zaufania społecznego w porównaniu z innymi narodami w Europie. Do siebie wzajemnie, do sąsiada, do instytucji, do systemu, do rządu. Nie jest więc dziwne, że nie mają zaufania także do instytucji finansowych, szczególnie w kontekście niskiej wiedzy ekonomicznej i informacji, które docierają do nas z mediów. Przy okazji tzw. kryzysu frankowego na rynku nieruchomości dowiedzieliśmy się, że banki są podstępne, złe, oszukują ludzi, wciskając im kredyty we frankach szwajcarskich, których ci ludzie na pewno nie chcieli. Czy jednak na pewno ludzie tych kredytów nie chcieli? Spróbujmy się zastanowić nad tym, co mogło się zadziać w tym przypadku na przykładzie medycznym. Wyobraźmy sobie typowego Polaka, który czuje się jakoś niewyraźnie, jest przekonany, że jest chory, idzie do lekarza, a lekarz mu mówi: nic panu nie jest. Co mówi Polak?

 

Skandal. On się nie zna.

Właśnie. A później będzie tak długo szukać, aż któryś lekarz się nad nim pochyli i powie, że jest chory, zapisze lekarstwa, skieruje na rezonans, na tomografię. I to będzie dopiero dobry lekarz. Jeżeli więc Polak idzie do doradcy finansowego rozmawiać o tym, że chce wziąć kredyt, to chce go wziąć, i już. Jeżeli doradca powie, że lepiej, żeby kredytu nie brał, bo jego sytuacja finansowa na to nie pozwala, to on najprawdopodobniej poszuka innego, który udzieli mu takich informacji, jakich oczekuje, czyli: nie ma sprawy, proszę się zadłużyć, najlepiej od razu na bardzo wysoką kwotę, żeby starczyło na duże mieszkanie. To zjawisko od kilku lat badamy z prof. Tomaszem Zaleśkiewiczem, i obserwujemy je zarówno u Polaków, jak i Amerykanów. Nazwaliśmy je efektem konfirmacji, co oznacza, że ludzie mają większą skłonność do tego, żeby oceniać jako kompetentnych tych doradców, którzy będą im mówić to, co chcą usłyszeć.

 

Z tą wiedzą jeszcze trudniej zaufać radom specjalistów, którzy z pewnością to wiedzą.

Nie próbuję powiedzieć, że wszyscy doradcy zawsze kompetentnie i zgodnie z prawdą udzielają informacji, czy też że wszyscy będą nas chcieli wprowadzać w błąd, żeby osiągnąć korzyści. Chodzi raczej o to, że ludzie ogólnie przeceniają te informacje, które są zgodne z ich poglądami i oczekiwaniami, a gdy ktoś ich poglądy dyskredytuje, nie traktują oni tego jako porady, tylko jako uwagę ad personam. Pomimo tego, że doradca sugeruje określone postępowanie, jeśli klient nie ma zaufania, a do tego jeszcze jest niewyedukowany, to i tak zrobi to, co będzie chciał. Doradca w naszych oczach jest po to, żeby upewnić nas w tym, że podjęliśmy dobrą decyzję. Wracając tym samym do kredytów we frankach: duża część osób, nawet jeżeliby dostała informację o potencjalnym ryzyku walutowym, to prawdopodobnie i tak by ją zignorowała jako niezgodną z ich przekonaniem, że skoro frank ma niski kurs, to zawsze będzie taki miał. A jeśli nawet coś się zmieni, to się wtedy pomyśli.

 

Słynne polskie „jakoś to będzie”?

Tak, na dodatek problematyczne jest to, że „jakoś to będzie” nie oznacza wcale „w razie czego dam sobie radę”. Raczej to postawa trzylatka, który kiedy coś się dzieje nie po jego myśli, wkłada głowę pod poduszkę i wydaje mu się, że go nie ma, a tym samym problem znika. Tak się zachowuje na przykład wielu dłużników: kiedy zaczynają się monity o spłatę zobowiązań, to nie zaglądają do korespondencji, nie odbierają telefonów, udają, że ich nie ma w domu. Nie konfrontują się z sytuacją.

 

Padło tu słowo „edukacja”. Porozmawiajmy o tym.

Wielu osobom wydaje się, niestety, że edukacja ekonomiczna to coś, co powinna zapewnić szkoła. Tyle że sześcio- czy siedmiolatki pod pewnymi względami są już trochę za stare na to, by dopiero zaczynać naukę dobrych zachowań ekonomicznych. Wiele wskazuje na to, że już czterolatki są wystarczająco rozwinięte, żeby uczyć ich pewnych nawyków ekonomicznych, np. oszczędzania. Rodzice tego nie robią, bo wydaje im się, że dzieci zostaną w jakiś sposób skrzywione, że będą materialistami, nadmiernie skupionymi na pieniądzach. Ta moneta ma jednak dwie strony: uczenie dzieci, że jak zaoszczędzą, to będą miały, to jest zupełnie coś innego niż przekonywanie ich, że pieniądze zmienią ich życie. Poza tym dorośli uważają, że wystarczy dziecku powiedzieć: masz oszczędzać. Tymczasem nic nie wskórają, jeśli sami wydają pieniądze bez sensu, kłócą się o nie i mówią „nie możemy ci tego kupić, bo nie mamy pieniędzy”, czyli w domyśle „gdybyśmy mieli, to kupilibyśmy ci wszystko”.

 

Co więc powinni powiedzieć?

„Nie kupimy ci tej zabawki, bo masz ich tak dużo, że nie potrzebujesz następnej”. To jest racjonalne wytłumaczenie, a nie słowo wytrych: brak pieniędzy. W tym momencie też ujawnia się kolejny problem: jak wyedukowani są polscy dorośli. Ludzie w wieku 40+ to pokolenie, które jest obecnie najzamożniejsze. Weszli na rynek pracy w latach 90. i trafili na żyłę złota. W związku z tym dzisiejsi 40–50-latkowie to często osoby, które w dużej mierze odniosły sukces finansowy, mają ugruntowaną sytuację finansową itd. Z drugiej jednak strony duża część z nich nie potrafi zarządzać swoimi pieniędzmi, a zostają im pod koniec miesiąca tylko dlatego, że same się zaoszczędziły – to znaczy że po prostu nie zostały wydane. Nie myślą o tym, ile pieniędzy im będzie potrzebne, gdy przejdą na emeryturę, by utrzymać podobny poziom życia. W tym kontekście bardzo podobała mi się reklamowa kampania banku, w której młody bóg mówi „pomyślę o tym później”, a w rezultacie, kiedy przestaje pracować, ma tylko pół samochodu, pół domu, pół leżaka itd. To jest dobra edukacja dorosłych – oni podobnie jak dzieci nie lubią prawienia kazań, więc skutek może odnieść np. uczenie w sposób humorystyczny.

 

Może ze względu na PRL…

O nie! Pokolenie 40-latków ledwo pamięta PRL, ja np. tylko dlatego, że mnie mama po mleko z butelką wysyłała, ale zaczęłam pracować w 1998 r. My wychowaliśmy się jako dzieci w PRL, ale dorosłego życia i pracy uczyliśmy się już w innych czasach. Ja bym mimo wszystko wpływu PRL na zachowania 40-latków nie demonizowała.

 

Ale Polakom został po tym okresie brak zaufania do państwa, instytucji, innych ludzi. Poza tym przez te 44 lata mało kto umiał zarządzać pieniędzmi, bo ich za dużo nie było. To nie ma znaczenia?

Nie jesteśmy w stanie na to pytanie odpowiedzieć. Gdybyśmy chcieli, musielibyśmy mieć Polskę w wersji PRL i w wersji nie-PRL. Przekornie powiedziałabym, że może to wcale nie wina Polski Ludowej, ale zaborów albo pańszczyzny. No i szlachty, która w XVIII w. hołdowała zasadzie „zastaw się, a postaw się”, czyli zupełnie nieracjonalnie zarządzała swoimi pieniędzmi. Mogłabym także postawić tezę, że problemy Polaków wiążą się z religią katolicką. Jak są traktowane pracowitość, oszczędzanie i zamożność w chrześcijaństwie protestanckim? Jednoznacznie pozytywnie. Gdy natomiast popatrzymy na katolickie spojrzenie na pieniądze, to dowiemy się, że prędzej wielbłąd przejdzie przez ucho igielne, niż bogaty wejdzie do Królestwa Niebieskiego – to z Ewangelii Mateusza. To powoduje duży dysonans. I nie chodzi o to, czy jesteśmy społeczeństwem wierzącym, czy niewierzącym, a raczej o to, w jakiej tradycji jesteśmy wychowani. Mamy być skromni, nie pokazywać się, a bogaty to na pewno ukradł. Z drugiej strony mówimy: jak ktoś biedny, znaczy nieudacznik. Brakuje pozytywnych określeń powiązanych z zamożnością czy też jej brakiem.

 

I jeszcze mamy pocieszające powiedzenie „pieniądze szczęścia nie dają”. A jednak Polacy ciągle aspirują, choćby za wszelką cenę otaczając się przedmiotami mającymi świadczyć o ich wysokim statusie.

Na tym polega dysonans, o którym mówiłam. Z jednej strony wyrośliśmy w przekonaniu, że nie można kierować się bogactwem jako wartością w życiu, a z drugiej strony obudziliśmy się nagle pewnego dnia w 1989 r. w zupełnie nowej rzeczywistości. Zostaliśmy wręcz zasypani wartościami, na których można opierać życie, a które stoją w sprzeczności z obowiązującymi wcześniej. W Ameryce czy w Europie Zachodniej społeczeństwa powoli wzrastały w tych wartościach. Stopniowo budowały oparty na nich światopogląd i relacje społeczne. Jak my mamy natomiast sobie radzić z rozdźwiękiem: pieniądze szczęścia nie dają, ale jeżeli jesteś biedny, to znaczy, żeś głupi, godny potępienia i to twoja wina.

 

Mówi się, że żyjemy w drapieżnym kapitalizmie, który od ludzi wiele wymaga. Ale tak naprawdę wymagają inni. Od tego, co kto ma, zależy jego ocena społeczna.

Tak, ale to się powolutku zmienia. Część osób, które się urodziły pod koniec XX w., przynajmniej usiłuje korzystać z dostępnych dóbr w trochę inny sposób. Nie chcę mieć samochodu – mówią – bo jeździłbym tylko pół godziny dziennie, a trzeba by płacić ubezpieczenie. Po co mi rower, kiedy mogę korzystać z miejskiego. Po co mi brać kredyt na mieszkanie i związać się z jednym miejscem na dziesiątki lat jak moi rodzice, skoro nie wiem, co będę robić w przyszłym roku. Z drugiej strony jednak to pokolenie ma wzorce zachowania swoich rodziców: stała praca jest ważna, mieszkanie czy dom też, a samochód trzeba mieć, żeby sąsiad widział i zazdrościł, co też jest wartością samą w sobie. Kiedy człowiek dostaje sprzeczne sygnały o tym, co jest istotne, a co nie, nie potrafi łatwo ocenić, który jest wiarygodny. Można nas wbrew pozorom porównać do społeczeństwa południowokoreańskiego. Tam z jednej strony obecne są tradycyjne konfucjańskie podwaliny religijne, gdzie jest mowa o skromności, szacunku dla starszych i nieskupianiu się na posiadaniu, bo to jest powierzchowne. Ale z drugiej – wzorce przychodzące z USA – przede wszystkim: musi być szybko, ładnie, musi być posiadanie, sława, popularność i uroda fizyczna, a do tego jeszcze sukces zawodowy. W Korei Południowej jest największy odsetek samobójstw, nie tylko wśród osób dorosłych, lecz także wśród dzieci i nastolatków. Wiele osób nie wytrzymuje presji związanej ze sprzecznymi wartościami.

 

A my? W jakim punkcie jesteśmy?

Rozwarstwiamy się na dwa różne społeczeństwa. Część Polaków dryfuje coraz bardziej w stronę: nie jestem zainteresowany oszczędzaniem, mówią, że dostanę małą emeryturę z ZUS, to wolę pracować na szaro, bo przynajmniej teraz będę miał więcej. Czyli chowa głowę w piasek i ani myśli się edukować. Druga część społeczeństwa, ta lepiej wykształcona, w dużych miastach, bardziej świadoma, dryfuje w drugą stronę: zastanawia się nad swoimi finansami i przyszłością, podejmuje racjonalne decyzje. Ale, niestety, nie ciągną za sobą tamtych, którzy nie chcą się angażować w swoje życie finansowe za 20 czy 30 lat.

 

Jakie mogą być tego efekty?

Prawdopodobnie takie, że obciążenia, z którymi państwo będzie musiało się zmagać, spowodują, że ubezpieczenia społeczne i podatki będą zżerały dużo więcej niż połowę naszych dochodów, a to będzie skutkowało jeszcze większą szarą strefą i jeszcze większą niechęcią do oszczędzania. Jeżeli więc ktoś nie wymyśli jakiegoś mądrego antidotum, prawdopodobnie gospodarczo zbankrutujemy.

 

Z prof. Agatą Gąsiorowską rozmawiała Katarzyna Czarnecka

 

 

© Academia nr 1 (53) 2018

 

 

 

 

 

 

 

 

Oceń artykuł
(1 głosujący)

Tematy

agrofizyka antropologia jedzenia antropologia kultury antropologia społeczna archeologia archeometalurgia architektura Arctowski arteterapia astrofizyka astronomia badania interdyscyplinarne behawioryzm biochemia biologia biologia antaktyki biologia płci biotechnologia roślin borelioza botanika chemia chemia bioorganiczna chemia fizyczna chemia spożywcza cywilizacja demografia edukacja ekologia ekologia morza ekologia ssaków ekonomia energetyka energia odnawialna entomologia ERC 2018 etnolingwistyka etnomuzykologia etyka ewolucja fale grawitacyjne farmakologia filozofia finanse finansowanie nauki fizyka fizyka jądrowa gender genetyka geochemia środowiska geoekologia geofizyka geografia geologia geologia planetarna geoturystyka grafen historia historia idei historia literatury historia nauki historia sztuki humanistyka hydrogeologia hydrologia immunologia informatyka informatyka teoretyczna internet inżynieria inżynieria materiałowa inżynieria żywności język językoznawstwo kardiochirurgia klimatologia kobieta w nauce komentarz komunikacja kooperatyzm kosmologia kryptografia kryptologia kulinaria kultoznawstwo kultura kulturoznawstwo lingwistyka literatura literaturoznawstwo matematyka medycyna migracje mikrobiologia mineralogia mniejszości etniczne mniejszości narodowe modelowanie procesów geologicznych muzykologia mykologia na czasie nauka obywatelska neurobiologia neuropsychologia nowe członkinie PAN 2017 oceanografia ochrona przyrody orientalistyka ornitologia otolaryngologia paleobiologia paleobotanika paleogeografia paleolimnologia paleontologia palinologia parazytologia PIASt politologia polityka społeczna polska na biegunach prawo protonoterapia psychologia psychologia zwierząt punktoza Puszcza Białowieska robotyka rozmowa „Academii” seksualność slawistyka smog socjologia stratygrafia szczepienia sztuka technologia wieś w obiektywie wulkanologia zastosowania zdrowie zoologia zwierzęta źródła energii żywienie

Komentarze

O serwisie

Serwis naukowy prowadzony przez zespół magazynu Academia PAN.Academia Zapraszamy do przysyłania informacji o badaniach, aktualnie realizowanych projektach naukowych oraz imprezach popularyzujących naukę.

 

Dla użytkowników: Regulamin

Pliki cookies

Informujemy, że używamy ciasteczek (plików cookies) w celu gromadzenia danych statystycznych, emisji reklam oraz prawidłowego funkcjonowania niektórych elementów serwisu. Pliki te mogą być umieszczane na Państwa urządzeniach służących do odczytu stron, a korzystając z naszego serwisu wyrażacie Państwo zgodę na używanie cookies, zgodnie z aktualnymi ustawieniami przeglądarki.

Więcej informacji o celu używania i zmianie ustawień ciasteczek w przeglądarce: TUTAJ

Kontakt

  • pisz:

    Redakcja serwisu online
    Academia. Magazyn Polskiej Akademii Nauk
    PKiN, pl. Defilad 1, pok. 2110
    (XXI piętro)
    00-901 Warszawa

  • dzwoń:

    tel./fax (+48 22) 182 66 61 (62)

  • ślij:

    e-mail: academia@pan.pl